Author Archives: eliza

Planeta krasnoludków

— Wiesz, że uczeni właśnie odkryli nową planetę, ale trwają spory czy to jest planeta czy księżyc? – zaczyna rozmowę Ania.

–Co ty powiesz? – dziwię się wcale nie na żarty. — A gdzie dokładnie?

— Dokładnie to nie wiem, ale to nie jest ważne. Chodzi o to co obstawiasz. Planetę czy księżyc?

— A ty?

— Ja zdecydowanie planetę. Kaśka też. Jej tatuś i nasz tatuś księżyc. Więc musisz nas poprzeć, żebyśmy wygrały.

— Mama Kasi was nie popiera?

— Mama Kasi powiedziała, że się nie interesuje, więc, sama widzisz, nie masz wyjścia…

            Oddaję mój głos na planetę i miażdżymy wroga. Ale przed snem Ania wyjawia mi prawdziwą przyczynę, dla której należało głosować na planetę. Oto jej opowieść.  

            Jak wszyscy wiedzą dawno temu na planecie Ziemia mieszkały krasnoludki.  Były bardzo pożyteczne dla ludzi i prawie wcale nieszkodliwe dla przyrody. Jak donoszą bajki niektóre z nich mieszkały w lasach, inne pod podłogami, jeszcze inne po sąsiedzku z myszami.

Bez względu jednak na to, gdzie miały domy, wszystkie krasnoludki łączyła jedna wspólna cecha: nie mogły żyć bez pomagania ludziom.

Z biegiem czasu, całkiem na wzór ludzi, wyłoniły się nawet wśród krasnoludków grupy wyspecjalizowane w poszczególnych zawodach. Piekarzoludki pomagały przy wypieku chleba, stolarzoludki przy robieniu mebli, rolnoludki przy wykopkach i snopowiązaniu, a nianioludki przy opiece nad dziećmi.

Niestety ludzie w ogóle nie zdawali sobie sprawy z obecności w ich życiu krasnoludków. Gdy przypadkiem udało im się jakiegoś zobaczyć natychmiast wymyślali przyczynę, dla której takie spotkanie było niemożliwe. Mierzyli sobie gorączkę lub stwierdzali, że coś im się przyśniło. A jeszcze chętniej uznawali, że mają przywidzenia.

Dumni z siebie, że potrafią pracować coraz lepiej i szybciej, ludzie pracowali w istocie coraz mniej, a czas wolny przeznaczali na wynalazki. I tak się stało, że gdy krasnoludki ciężko za nich harowały, ludzie wymyślili maszyny, które miały krasnoludki całkowicie zastąpić w pracy! Chleby zaczęły się same wkładać i wyjmować z pieca, meble same heblować, a zboże samo ścinać i wiązać dzięki nowoczesnym kombajnom. Nie udało się wymyślić maszyny do opieki nad dziećmi, ale to było już tylko kwestią czasu.

— Musimy sobie znaleźć miejsce gdzie znowu będziemy potrzebni — postanowiły krasnoludki. — Inaczej pomrzemy z bezczynności.

Poprosiły o pomoc wiatr.

— Mają tam być drzewa i grzyby, i ciepłe kominki. I istoty, które będą potrzebowały naszej pomocy – wyjaśniły.

Wiatr znalazł takie miejsce, ale było ono innej planecie. Co robić, pomyślały krasnoludki.  Lepsza inna planeta niż brak życiowych perspektyw. Z łezką w oku spakowały swoje manatki, dosiadły wiatru jak rumaka i dały się wywieźć na tę nową, odległą planetę. I są tam do dzisiaj, niańczą nieletnie ufoludki, a my ludzie możemy tylko żałować, że tak głupio się ich pozbyliśmy.

 

— Więc myślisz, że ta nowo odkryta planeta to jest właśnie planeta krasnoludków? – pytam, gdy kończy opowiadać.

 — Nie, tak nie myślę. Ale myślę, że fajnie jest myśleć, że to jednak jest ta. I dlatego nie chcę, żeby to był księżyc. Rozumiesz?   

Opowieść o tym, co najważniejsze

W kącie podwórka, rozpostarty na czterech kolumnach z cegieł był sobie daszek z folii. Pod nim, przekrzywiony na bok na skutek znaczącego wgięcia przy podstawie stał sobie blaszany pojemnik na śmieci. Był bardzo stary, zardzewiały i nie mniej cuchnący.

W środku pojemnika – tak to przynajmniej wyglądało z boku – panował straszliwy bałagan. Większość wrzucanych tu worków pękała już w chwili lądowania i nowe śmieci natychmiast mieszały się ze starymi. W rzeczywistości jednak w pojemniku panowała ścisła hierarchia.

Rządziły w nim śmieci, które miały miejsce na samym dnie. Zalegały tam od niepamiętnych czasów, gdyż nikt nigdy nie opróżniał pojemnika do końca. Wymagały dla siebie posłuchu z racji swego wieku i doświadczenia. Po nich najważniejsze były śmieci poprzyklejane do ścianek. Były tylko nieco mniej zgniłe, bo też potrafiły oprzeć się śmieciarce przez bardzo długi czas. Najmniej ważne były śmieci bieżące, mieszkające w pojemniku góra kilka dni, znikające, gdy tylko przed podwórkiem parkowała charakterystyczna, żółta ciężarówka. Śmieci bieżące buntowały się niekiedy przeciwko tym porządkom, ale nikt nie traktował ich uwag poważnie. Wiadomo było, że leżąc luzem i nie mając dostępu do żadnej ściany ani uchwytu, nie miały szans na ratunek. Były pospolite i wymienne.

Pewnego dnia ktoś wrzucił do pojemnika pustą, plastikową torbę. Nikt się tym szczególnie nie przejął, na śmietniku często lądują plastikowe torby.

Ale z nadejściem nocy torba nagle zaczęła szlochać.

— Wypuśćcie mnie! Wypuśćcie!– prosiła wysokim, piskliwym głosem i szeleściła na cały pojemnik.

Leżące obok, zardzewiałe nożyczki przewróciły znudzonymi oczami i wedle życzenia obcięły torbie związane w supeł rączki. Ze środka natychmiast wyskoczyła papierowa, pomalowana dziecinną ręką lalka. Rozejrzała się z niedowierzaniem wokół i krzywiąc się z obrzydzenia zapiszczała znowu:

– To nie jest moje miejsce. Ja jestem księżniczką!

Śmieci zarechotały, jakby im opowiedziano najlepszy kawał. W dodatku zaczął padać deszcz i zaczął zmywać z księżniczki wszystkie jej kolory.

— Może kiedyś nią byłaś – ziewnęła cuchnąca, ziemniaczana obierka – Ale teraz jesteś tylko rozmoczonym kawałkiem papieru. Pogódź się z tym.

— O nie! – zaprzeczyła księżniczka. – Jestem księżniczką i czekam na księcia z bajki. On mnie uratuje.

Tym razem śmieci zarżały tak, aż zatrząsł się cały pojemnik, a na dnie zbudziła się skórzana podeszwa, która była w pojemniku najważniejsza.

— Co się tu się dzieje? – Podeszwa była rozsierdzona, że jej przerwano odpoczynek, więc gramoląc się na górę rozdawała kopniaki na lewo i na prawo.

Na widok papierowej księżniczki najpierw ryknęła śmiechem, potem popukała się w swe pleśniejące czoło i powtórzyła to, co już orzekli przed nią inni.

Księżniczka znalazła w pojemniku słoik po dżemie i tam się schowała. Było jej przykro, że się z niej naśmiewano. Usiłowała coś tłumaczyć, ale z czasem przestała odpowiadać na zaczepki i kpiny. Zrozumiała, że im bardziej się broniła, tym mocniej z niej szydzono, a im dokładniej próbowała wytłumaczyć swoją sytuację, tym bardziej jej nie słuchano.

Pod koniec tygodnia przed bramą podwórka zaparkowała żółta śmieciarka i na horyzoncie zamajaczyły znajome postacie w pomarańczowych kombinezonach.

— I co, księżniczka, nadal się upierasz, że zdąży po ciebie przyjechać twój książę z bajki? – zadrwiła skorupa z talerza, a tłusty papier po maśle z uciechy aż zwinął się w trąbkę.

Kombinezony schwyciły pojemnik za uszy i pociągnęły go w kierunku ulicy.  Wewnątrz pojemnika nikt nie odpowiedział na zaczepkę skorupy. Ani na szyderstwo ze strony kilku innych odpadków. Za to ziemniaczana obierka oświadczyła, że słoik po dżemie, który jeszcze wczoraj na niej stał, zniknął.

Śmieci poruszyły się niespokojnie i nagle wszystkim zrobiło się głupio. Podeszwa próbowała coś powiedzieć, wyśmiać papierową księżniczkę, ale nikt jej nie posłuchał. Przez stęchłe, skarlałe umysły niczym promień światła zaczęła wędrować historia księżniczki, otwierając w nich drzwi i zakamarki, do których nikt dawno nie zaglądał.  Marzenia, nadzieje i skrywane myśli buchnęły z pojemnika z taką siłą, że pomarańczowe kombinezony najpierw od niego w przerażeniu odskoczyły, a potem ścisnęły rękami nosy i usta.

— A żebyż go!  – wrzasnął jeden kombinezon do drugiego – Co za odór! Czego ci ludzie tutaj nawrzucali?

Rozzłoszczone, kombinezony tak wytarmosiły pojemnik, że tym razem wyleciało z niego absolutnie wszystko, do ostatniego włosa i ostatniego kłębka kurzu. Z piskiem opon śmieciarka odjechała w dalszą drogę.

— Nie wierzyliśmy jej! – załkała ziemniaczana obierka rozglądając się po wysypisku. – Nie wierzyliśmy w to, co najważniejsze.

Podeszwa leżąca obok obierki ostatnim wysiłkiem woli uderzyła ją między oczy, a potem rozpadła się do końca.

Bajka o zmęczonej książce z bajkami

Była raz sobie baaardzo zmęczona książka z bajkami.  Najchętniej wsunęłaby się pod kołderkę i zasnęła twardym, zdrowym snem aż do rana, ale dzieci nie miały jeszcze ochoty na sen i żądały, by książka nadal je zabawiała.

— Pokaż nam smoka, który zieje ogniem po same chmury! Chcemy śpiącą królewnę i całą armię krasnoludków, i morze z piratami, i Babę Jagę w chatce na kurzej łapce! – wołały jedno przez drugie i na wyścigi przewracały kartki, gniotąc je, a nawet rozdzierając.

Wszyscy bohaterowie książki ziewali już tak mocno, że ledwie patrzyli na oczy, więc bajki wcale nie toczyły się tak, jak powinny.

Baba Jaga wleciała na drzewo i nabiła sobie guza. Rozpłakała się straszliwie i zbudziła śpiącą królewnę, jeszcze zanim dotarł do niej królewicz. Zmęczone krasnoludki zaryglowały w swojej chatce drzwi, zaciągnęły zasłonki i tyle je widziano.  A sennemu smokowi w czasie ziewania wpadła do paszczy równie śpiąca, a do tego mokra złota rybka i nie było mowy o jakimkolwiek zianiu ogniem.

— Dziwne te bajki  – odezwał się najstarszy z chłopców – Nigdy takich nie czytałem.

— Ani ja – potwierdziła jego młodsza siostra. – Może powinniśmy im trochę podokuczać, żeby przyszły do siebie?

Tego było książce za wiele. Zamknęła się z hukiem, wyrwała z rąk małych dręczycieli i wyfrunęła przez otwarte okno.

Chwilę szybowała pod ciemnymi niebem, w końcu wypatrzyła niewielką ulicę, po której wolno toczyło się małe auto. Ostatkiem sił opadła na jego dach.

Kierowca auta naturalnie usłyszał, że coś wylądowało mu nad głową, zjechał więc do krawężnika i wysiadł zobaczyć co się dzieje.

— Książki spadają z nieba zamiast gwiazd? – zdziwił się w pierwszej chwili i nawet zadarł do góry głowę, żeby sprawdzić, czy na jednej się skończy.

Niczego tam więcej nie dostrzegł, za to od razu zauważył, że książka z dachu musiała ostatnio sporo przejść.  Miała pogiętą okładkę, kilka stron było przedartych na pół i wisiało na ostatnich zawiasach, i w ogóle sprawiała wrażenie, jakby była chora i wyczerpana.

Kierowca auta był tatusiem pewnej małej dziewczynki i wiedział co nieco o książkach z bajkami. Nie zwlekając dłużej delikatnie zawinął ją w koc, schował za poły płaszcza i ruszył do domu.

Czym i jak dokładnie leczył książkę przez pół nocy, nigdy się nie dowiemy, ale następnego ranka książka wyglądała prawie jak nowa! Tydzień później tata podarował ją swojej córeczce na urodziny.

I tak kończy się bajka o baaardzo zmęczonej książce z bajkami, gdyż nasza bohaterka nigdy więcej nie miała powodów, by być zmęczona.

Córeczka pana kierowcy wiedziała, że książkom jak ludziom należy się szacunek i że lubią, jeśli się je traktuje poważnie. Dlatego delikatnie przewracała w niej kartki, a po czytaniu odkładała na półkę, żeby bajki mogły odpocząć. Żeby Baba Jaga nie musiała więcej leczyć bolesnych guzów, smok ział pięknym pomarańczowym ogniem, a krasnoludki miały siłę sprzątać bajkowy las wesoło przy tym śpiewając.

O księciu Gacjuszu, czubku własnego nosa i lewostopiu

Książę Gacjusz wstał zupełnie bez humoru. Ubrał się byle jak i poczłapał do sali jadalnej na śniadanie.

— Co to jest? – krzyknął na królewską kucharkę, gdy postawiła przed nim jajecznicę na złotym talerzu. – To wygląda jak kupa zeszłorocznych liści! Z robakami! Nie będę tego jadł!

Jajecznica wylądowała w zlewie, kubkiem z kakao Gacjusz podlał nadworną palmę, chleb z masłem wyrzucił przez okno. Ciśnięte w kąt sztućce jęknęły tak, aż się zgięły.

— Idę oglądać bajki – oświadczył Gacjusz lokajowi. – Gdzie jest pilot?

Lokaj pobiegł szukać pilota, wrócił po trzynastu sekundach.

— Co za guzdralstwo! – krzyknął książę. – Godzinami trzeba czekać. No, co my tutaj mamy? – książę rozsiadł się na kanapie i zaczął przerzucać kanały.

Przerzucanie trwało około minuty. Góra półtorej. Gacjusz rzucił pilotem o podłogę i tupnął ze złości.

— To ma być telewizja? To są flaki z olejem! Nie podoba mi się! Chcę kredki! Dajcie mi kredki, sam sobie narysuję przygodę – postanowił.

Dworska guwernantka popędziła do gabinetu po przybory. Książę zajął się sztuką. Siedział z przechyloną na bok głową, wysuniętym językiem i rysował rycerza. Nagle w ciszy rozległo się głośne: Trzask!

— Do stu tysięcy stugłowych smoków! – huknął książę wyskakując z krzesła. – To są kredki?! To są wiórki nie kredki! Łamią się jak zapałki! Gdzie temperówka? Zgubiła się? To dlaczego nie mam nowej? A zresztą – głos księcia na chwilę złagodniał – już mi się znudziło. Powyglądam przez okno. Dawać mi tu lunetę.

Astronom w mgnieniu oka zlokalizował lunetę i usłużnie wręczył ją księciu. Gacjusz zatrzymał wzrok na podległej sobie prowincji Klockolandii.

— No i jak wygląda ta fabryka?  Powinny być dwie hale, każda z oknem i oddzielnym wejściem. Ta tu jest do kitu. Wszystko rozwalić! – zasapał i wysłał do Klockolandii gońca z rozkazem.

Przesunął lunetę nieco w prawo, na prowincję Puzzlolandii.  Puzzlolandczycy kończyli właśnie układać kwietnik, który miał upiększyć środek największego parku w mieście.

— Od nowa! Wszystko od nowa! – awanturował się książę wymachując rękami. — Takie kwiatki to są dobre dla dziewczyn. Chcę nowe puzzle, z rekinami albo jeszcze lepiej ze strażą pożarną – zaordynował i wysyłał gońca z kolejnym rozporządzeniem.

Luneta spoczęła na zamkowym ogrodzie.  Było tam pięknie i cicho.

— Idę na spacer – obwieścił Gacjusz. – Chcę mój najlepszy płaszcz i buty.

Garderobiana podała mu co trzeba, ale i tak nie uchroniła się przed książęcym gniewem.

— To jest moje najładniejsze ubranie?  Ten pomarańczowy skafanderek? Nic dziwnego, że nikt nie chce się ze mną zadawać. Nikt mnie dzisiaj nie odwiedził, ani nawet do mnie nie zadzwonił … – jęczał z oburzeniem Gacjusz. – Idźcie sobie, idźcie wszyscy! Ja nigdzie nie idę! Ja was nie potrzebuję!  – wrzasnął w końcu i zamknął się w swojej komnacie.

Słudzy śpiesznie oddalili się do swoich zajęć, książę siedział przez chwilę
z głową podpartą rękami.

Spod kaloryfera wystawała para jego ulubionych sportowych butów. Suszyły się tam od wczoraj, bo grając z innymi książętami w piłkę Gacjusz wdepnął w wielką kałużę.

Włożył je na nogi. Z butami działo się jednak coś dziwnego. A dokładniej – z prawym butem. Uciskał Gacjusza w duży palec i sprawiał wrażenie, jakby był o rozmiar za mały. Gacjusz ściągnął buty i przyłożył je do siebie podeszwami. Wszystko było w porządku. Stanowiły parę.

— Oczywiście, że nic nie widzisz — zapiszczało mu coś koło ucha. – Dostrzegasz dzisiaj tylko czubek własnego nosa.

Gacjusz poderwał się na równe nogi, a w tym samym czasie jakaś maleńka postać zeskoczyła z jego ramienia na biurko. Upadła na pupę i bardzo powoli gramoliła z powrotem na nogi. Była to tycia pani w tęczowej sukni.

— Co ty, wróżki w życiu nie widziałeś? – żachnęła się Tęczowa Pani – Zafundowałeś mi twarde lądowanie, nie ma co.

Gacjusz wpatrywał się w osłupieniu w nieznajomą i nie wiedział czy powinien wołać kogoś na pomoc, czy może nie, bo to wszystko tylko mu się przywidziało. Na wszelki wypadek uciekł w drugi kąt komnaty i przywarł do ściany.

— Czego niby nie widzę? – zapytał w końcu.

— Że masz dwie lewe nogi – roześmiała się Tęczowa Pani. – Popatrz tylko! Wstałeś lewą, a ponieważ to była twoja prawa, więc masz teraz dwie lewe. Proste?

Gacjusz spojrzał na swoje stopy i …

— Co teraz będzie? – rozpłakał się. – Co ja teraz zrobię?  Teraz to już nikt mnie nie polubi! Zostanę księciem Lewostopym lub nawet gorzej – Lewostópkiem! Nikt nie będzie pamiętał, że kiedykolwiek byłem Gacjuszem! Nikt nie będzie chciał się ze mną bawić! – rozpaczał tak, że łzawe jeziorko u jego lewych stóp rosło w imponującym tempie.

— Prawdę mówiąc, kochany – odezwała się spokojnie wróżka, przeglądając jednocześnie w małym lustereczku – i tak ci to grozi. Rozejrzyj się wokół.  Jakoś nikt nie pała chęcią, by spędzać czas w twoim towarzystwie. Ale – Tęczowa Pani spojrzała na zegarek – na mnie już czas. Pa – rzuciła, zjechała po nodze od biurka zniknęła pod kanapą.

— Zaczekaj! – Gacjusz rzucił się za nią. – Powiedz mi co mam zrobić! Nie możesz mnie tak zostawić – nos Gacjusza prawie przywarł do podłogi.

— Mogę, mogę — odkrzyknęła Tęczowa Pani — Do końca dnia mam dziś wolne. Jestem umówiona z kosmetyczką!

Gacjusz był załamany. Spoglądał to na swoje stopy, to na kanapę, to na okno, za którym pięknie świeciło słońce. Z zamkowego podwórka dobiegły go odgłosy kopanej piłki i pisk rowerowych opon.

— Może … – pomyślał – może gdybym nie był taki kapryśny?

Lewa stopa lekko go zaswędziała i wygięła się, robiąc się jakby odrobinę mniej lewa niż była.

— Może gdybym grzecznie zjadł śniadanie i nie zepsuł pilota, i nie połamał wszystkich kredek… – myślał dalej Gacjusz.

Stopa swędziała go coraz mocniej, a palce zaczęły się to to kurczyć, to zwiększać i wyginać w drugą stronę. Najmniejszy był już całkiem na swoim miejscu.

— Chyba ich przeproszę. Obiecam, że się poprawię …

Drugi, trzeci i czwarty palec też prezentowały się całkiem przyzwoicie. Tylko największy paluch wciąż jeszcze się wahał.

— I naprawdę to zrobię – dokończył Gacjusz.

Paluch wystrzelił w górę i prawa lewa stopa na nowo stała się idealnie prawa. Swędzenie ustało.

Gacjusz cicho uchylił drzwi od komnaty. Kucharka, guwernantka i garderobiana w jednej osobie oraz lokaj, który pełnił jednocześnie funkcje astronoma i gońców czytali przy stole gazetę i pili pachnącą kawę. Na brzegu złotego talerza z herbatnikami w czekoladzie siedziała Tęczowa Pani. Twarz miała wysmarowaną zieloną maseczką, ale wcinała ciastko za ciastkiem.

— Pycha – rozpromieniła się na widok Gacjusza – Choć, poczęstuj się. Naprawdę warto.

Ciocia czarodziejka

Za morzem, za górą, za doliną i jeszcze za niewielką łąką mieszkała sobie Czarodziejka. Żyła z dala od ludzi i uważała, że nie ma niczego, czego nie potrafi sobie wyczarować.

Na zimę wyczarowywała czarnego kocura, żeby siedział na piecu i mruczał bajki.

Na wiosnę wyczarowywała armię krasnoludków, żeby jej pomogły uporządkować ogród.

Na lato wyczarowywała wczasy nad morzem, bo lubiła leżeć na plaży z dobrym kryminałem.

Tylko jesienią nic nie wyczarowywała, bo nie mogła się na nic konkretnego zdecydować. Szarlotka z bitą śmietaną czy odlot z bocianami do ciepłych krajów? A może wycieczka w kosmos? Jesienne niebo bywa tak pięknie rozgwieżdżone… Ta niepewność osłabiała jej czarodziejską moc, więc jesienne dni ciągnęły się bardziej niż zwykle, a Czarodziejka siedziała w domu trochę bardziej niż zwykle zasępiona i samotna.

Któregoś takiego właśnie jesiennego dnia ktoś zapukał do jej drzwi.

— Cześć – powiedział umorusany dzieciak w żółtych kaloszkach.

Wyglądał na zziębniętego, w ręku trzymał koszyk wypełnionym grzybami, a za jego plecami chowała się równie umorusana, ale dużo od niego mniejsza dziewczynka. Miała chude warkoczyki i kaloszki w kolorze zielonym.

— Jestem Maciek, to moja siostra Kajka. Zgubiliśmy się w lesie.  Jeżeli nie jesteś złą Babą Jagą, to czy możesz nam pomóc wrócić do domu?

Czarodziejka zapewniła, że na pewno nie jest zła i na pewno nie jest Babą Jagą, ale zamiast spełnić ich życzenie od razu, wpadła na nieco inny pomysł.

— Wejdźcie do środka, wysuszcie się i ogrzejcie. Potem zabiorę was do rodziców.

Popołudnie minęło w oka mgnieniu. Dzieci pokazały Czarodziejce jak zrobić kukiełki na palec z kolorowych serwetek, bawić się w Indian i wydziergać sweter na niewidzialnych drutach. Wanna Czarodziejki po raz pierwszy w jej życiu przydała się jako piracka łajba, a makaron jako koraliki do naszyjnika.

— Naprawdę musicie już iść? – zapytała Czarodziejka wieczorem, łapiąc oddech po zabawie w chowanego. – Chciałabym, żebyście zostali u mnie przynajmniej do zimy.

— Do zimy? – zdumiały się dzieci.

— Do zimy – powtórzyła Czarodziejka.

Wiedziała co mówi. W życiu, żebym nie wiem jak się starała, nie uda jej się wyczarować tak wspaniałych towarzyszy na jesienne popołudnia jak Maciek i Kajka. Od dawna nie była już dzieckiem i jej wyobraźnia miała wyraźne granice i defekty. Żadna czarodziejka nie jest w stanie wyczarować tego, czego nie zna i nie umie wymyślić.

Maciek podrapał się za uchem i westchnął, też nie bez smutku.

— Niemożliwe. Ja mam szkołę, Kajka przedszkole. No i rodzice. Raczej wątpię, że się zgodzą.

Nie było rady, zgodnie z obietnicą Czarodziejka odprowadziła dzieci pod samą klatkę schodową.

— A może ty zostałabyś z nami? – Maciek przytrzymał jej rękę i spojrzał w czarne oczy.

— Tak, tak, chodź, mama i tata na pewno się ucieszą! – zawołała uradowana Kajka i już ciągnęła Czarodziejkę na schody.

Dlaczego nie? Wstąpię na herbatę.  W końcu ocaliłam dzieci w lesie i przywiodłam je bezpiecznie do domu. Coś mi się za to należy, pomyślała Czarodziejka i posłusznie udała się na ostatnie piętro.

Czarodziejka doskonale znała krainę ludzie, ale nigdy nie myślała, by się do niej zbliżyć, a co dopiero zaprzyjaźnić się z nią.  Właściwie to trochę bała się ludzi. Słyszała o nich i wiele dobrego, ale i złego, na wszelki wypadek wolała więc trzymać się od nich z daleka. Aż do dzisiaj.

Przewrotny los, który, jak wiadomo, tylko szuka w krainie ludzi okazji, by zrobić komuś psikusa, i tym razem pokazał, co potrafi. W chwili, gdy Czarodziejka wychodziła z mieszkania Maćka i Kajki żegnana wylewnie przez całą rodzinę, otworzył drzwi naprzeciwko i wypchnął przez nie, pod pretekstem wieczornego spaceru, cichego i nieśmiałego pana Zbyszka Zająca, nauczyciela historii w szkole Maćka. Potem sam natychmiast ukrył się za skrzynką na listy i tłumiąc chichot, czekał na rozwój wypadków.

A działo się, oj działo. Panu Zbyszkowi pięty wrosły w podłogę. Kogoś tak pięknego i zachwycającego jak Czarodziejka nie widział jeszcze w życiu. Jak przystało na bohatera bajki zakochał się w niej od pierwszego wejrzenia, a po kilku spacerach i spotkaniach, które nastąpiły, wiedział, że tylko moc jakiegoś nikczemnego czarnoksiężnika mogłaby go powstrzymać od oświadczyn. Nikczemnych czarowników na szczęście nigdzie w pobliżu nie było, więc bez przeszkód poprosił Czarodziejkę o rękę, a ona z radością te oświadczyny przyjęła. Też bowiem zakochała się w miłym nauczycielu historii i przeprowadzka do krainy ludzi przestała jej się wydawać czymś strasznym. .

Od tamtej pory dni Czarodziejki wypełniły się tyloma sprawami, że .. właściwie nie miała czasu na czary. Czarodziejska różdżka gdzieś jej się zapodziała, a podręcznik magii, który upchnęła na dno pudła z kryminałami, nie wiadomo kiedy wylądował w antykwariacie. Ślady jej magicznej mocy były widoczne już tylko w książkach, bo w świecie ludzi Czarodziejka została pisarką.

— Ale ty ciociu umiesz wymyślać!  – chwalił ją Maciek, gdy Czarodziejka dawała mu do przeczytania kolejną bajkę o tym, co wydarzyło się za morzem, za górą, za doliną i jeszcze za niewielką łąką.

–  Zupełnie jakbyś była czarodziejką! – przytakiwała Kajka i oboje puszyli się jak pawie, że to właśnie oni mają taką utalentowaną ciocię.

Dzień sportu

Dzień sportu! Olimpiada!

Ela wlokła się do szkoły jak na ścięcie. Wcale jej nie cieszyło, że pogoda była na tę okazję jak wymarzona: ani jednej chmurki na niebie, a słoneczko przyjemnie grzało w plecy już od rana. Nie cieszył nawet fakt, że zamiast w klasie spędzi cały dzień na świeżym powietrzu, a na jego zakończenie wszystkie dzieci dostaną darmowe lody. Wolałaby coś całkiem odwrotnego. Burzę z piorunami, powódź lub huragan wyrywający z ziemi drzewa z korzeniami. Święto sportu zostałoby wtedy odwołane, a w każdym razie przesunięte na jakąś inną okazję, i Ela nie musiały teraz myśleć o tych wszystkich nieprzyjemnościach, które miały ją spotkać.

Dotarła do szkolnej siatki. Było jeszcze sporo czasu do dzwonka, ale na placu i boisku już kłębił się tłum dzieciaków, a i całkiem spora grupa rodziców. Tata Eli też miał ochotę przyjść i jej pokibicować, na szczęście wybiła mu to z głowy. Powiedziała, że w tym roku pani od wuefu prosi, by rodzice zostali w domu, bo zbyt wielu z nich potajemnie dokarmia zawodników słodyczami i potem na boisku zamiast sportowej rywalizacji króluje epidemia bolących brzuchów.  Nie była to do końca prawda. Pani od wuefu prosiła tylko, by nikt przed olimpiadą się nie przejadał, ale Ela uznała, że to malutkie kłamstwo było jej nieodzowne, by tata poczuł się bardziej przekonany.

— Szkoda, ale rozumiem – powiedział tata, wystarczająco przekonany.

W jego głosie był cień zawodu, ale gdy wyszli razem z domu, pomaszerował, jak co rano, w stronę przystanku tramwajowego. Ela poszła w przeciwną —  tam, gdzie znad rysującej się u wylotu ulicy ściany świerków wyrastały czerwone dachy jej szkoły.

Przed furtką przystanęła na chwilę przyglądając się jak inni już robią rozgrzewkę przed zawodami: różnego rodzaju skoki, podskoki, skłony przysiady. Na placu zabaw z drabinkami do wspinaczki był taki tłok, że wyglądały jak … drzewa obsadzone małpami. bległo go naraz pół szkoły! A wszyscy rozgadani, roześmiani, w koszulkach ze szkolnym logo, spodenkach i sportowym obuwiu. Wszyscy tacy szczęśliwi!

Nie ma rady, trzeba do nich dołączyć, jęknęła w duchu Ela i ciągnąc po ziemi worek z trampkami powlokła  się w kąt placu tuż pod samym pod ogrodzeniem. Rosło tak kilka starych drzew dających przyjemny cień, a przede wszystkim nikogo tam jeszcze nie było. Ela mogła więc wciąż pobyć tylko sam na sam ze swymi myślami. Zastanowić się, co tym razem odpowie na kąśliwe uwagi koleżanek, gdy zaczną się z niej podśmiewać, że jak zwykle …

— Nie dołączysz do reszty? – usłyszała nagle za plecami jakiś głos.

Odwróciła się, ale dopiero, gdy obeszła drzewo dookoła zobaczyła, że dokładnie po drugiej stronie, oparty plecami o pień stał jakiś pan w śmiesznych, kraciastych spodniach i staromodnym cylindrze na głowie.

— Jeszcze zaczekam. Ale pan nie już idzie, Pan jest pewnie rodzicem i przyszedł pokibicować swojej córce lub synowi? – odparła Ela dość niegrzecznie.

— Nie zaszkodzi jak ja też tu jeszcze chwilę postoję – odpowiedział pan z uśmiechem niezrażony szorstkim głosem Eli. – Źle widzę, czy jednak nie masz zbyt wielkiej ochoty na udział w olimpiadzie? – pan wyciągnął z kieszonki marynarki grube szkiełko na łańcuszku i włożywszy je w jedno oko przyglądał się Eli z napięciem.

— Jak mam mieć ochotę, skoro znów wszędzie będę ostatnia? – nie wytrzymała Ela i emocje zbierające się w niej od rana nagle wybuchły z całą siłą. – Pan wie jak to jest być ostatnią w bieganiu, ostatnią w skakaniu, ostatnią w rzutach piłką, a może nawet i w fikołkach? W skokach  wzwyż na pewno strącę poprzeczkę za każdym razem i nikt nie zechce mnie do swojej drużyny w sztafecie, bo po drodze upuszczę pałeczkę! Zawsze tak jest, za każdym razem, w każdych zawodach. Wszyscy są ode mnie po prostu o niebo lepsi i nie ma się nawet sensu starać. O! – ostatnie słowa Ela wypowiedziała z trudem powstrzymując łzy.

— O … —  wyraźnie zasępił się pan, aż szkiełko wypadło mu z oka i zawisło bezwładnie na łańcuszku.  Już po chwili znów się jednak do Eli uśmiechał, a na dodatek miał taki wyraz twarzy, jakby planował jakąś sztuczkę.

— Co byś powiedziała na niewielką, hm, pomoc? – zapytał.

— Jaką pomoc? – pociągnęła nosem Ela, ale poczuła zaciekawienie.

— Tak się składa, że akurat mam przy sobie kilka urządzeń – pan zawadiacko zmrużył oczy i wzniósł do gry jeden palec — dzięki którym osiągniesz wyniki, o jakich ci się nie śniło!

Z wewnętrznej kieszeni surduta wyciągnął i położył przed Elą najpierw ogromną parę skrzydeł, potem czapeczkę ze śmigłem na czubku, wreszcie parę butów ze sprężynami na podeszwach.

— Nie mogę tego użyć – pokręciła głową Ela. – Pani od wuefu mi nie pozwoli.

— Pani od wuefu niczego nie zauważy. Te urządzenia stają niewidoczne, gdy tylko je na siebie założysz! Ale jest jedna rzecz – pan podrapał się w spiczastą bródkę i tym razem popatrzył na nią z wielką powagą – Nie zadziałają jeśli sama nie dodasz im mocy.

— Jak to? – nie rozumiała Ela.

— Od startu do mety musisz myśleć wyłącznie o tym, żeby dać z siebie wszystko. Gdy ktoś cię wyprzedza, musisz przyspieszać, nie zwalniać. Gdy odbijasz się od deski, myślisz o tym, że masz przed sobą wielką kałużę błota i jeśli jej nie przeskoczysz wylądujesz w samym jej środku. I tak dalej. Rozumiesz?

— Chyba tak – odpowiedziała z ociąganiem. – Ale wtedy zadziałają na pewno? – chciała wiedzieć jeszcze raz.

— Pełna gwarancja!

Pan w cylindrze mówił prawdę. Choć Ela słyszała furkot skrzydeł u ramion, czuła ucisk czapeczki nad czołem, a każdy jej krok automatycznie zmieniał się w skok, nikt inny nie zauważył w niej żadnej zmiany.  W każdym razie, nie od samego początku.

— Brawo! Brawo! – pani od wuefu aż przetarła ze zdumienia oczy, gdy Ela przybiegła na metę jako czwarta.

Podobnie zareagował nauczyciel mierzący długość skoków w dal.

— Jeśli nikt nie przebije twojego wyniku, masz szansę na medal! – niemal zagwizdal z podziwu.

Rzucając kulą Ela wyobraziła sobie, że wypuszcza z ręki kawałek chleba, który musi dolecieć aż na środek jeziora, do stada pięknych łabędzi. A gdy biegła w sztafecie wyraźnie słyszała jak grupka koleżanek skandowała jej imię. Jej drużyna wygrała.

— Elka, jak ty to zrobiłaś? Jesteś wielka! – wiwatowały koleżanki i z piskiem rzucały się jej na szyję.

Po każdej konkurencji Eli rozglądała się po boisku, a odnajdując w tłumie rodziców pana w cylindrze i kraciastych spodniach machała do niego wesoło ręką. Odmachiwał z taką samą radością. W czasie ceremonii medalowej już go jednak nigdzie nie widziała. Nie było go w kolejce do budki z lodami. Pobiegła w kąt placu, ale między drzewami ganiały się tylko dwie rude wiewiórki.

Muszę mu oddać jego urządzenia! – pomyślała z paniką.  Postanowiła, że zabierze je do domu i wróci z nimi jutro w to samo miejsce. Odpięła skrzydła, zdjęła czapeczkę i buty ze sprężynami, i włożyła pod pachę.

Choć już bez pomocy, biegła do domu jak na skrzydłach sadząc susami godnymi kangura. Nie mogła się doczekać kiedy pokaże rodzicom medale i opowie o wszystkim, co się wydarzyło! Z przejęcia nie zauważyła, iż z naprzeciwka zmierzała w ku niej jakaś postać. Wbiegła w nią z impetem.

— Przepraszam! – rzuciła i spostrzegła ze zdumieniem, że był to pan w kraciastych spodniach i cylindrze. Ucieszyła się. — To pan!  Jak dobrze, że pana spotykam.  Jeszcze raz dziękuję za wszystko. Proszę, tutaj są pana urządzenia – wyciągnęła w jego kierunku ręce.

— Nic mi nie oddawaj, bo niczego ci nie dałem – odpowiedział pan. – Te skrzydła, czapeczka i sprężynki istniały tylko w mojej i twojej głowie. Patrz! – i wskazał na jej ręce, w których, rzeczywiście, nic nie było.

— Nie rozumiem – Ela zamrugała oczami i zaczęła nawet zaciskać i otwierać dłonie, żeby sprawdzić czy rzeczywiście niczego w nich nie trzyma.

— Wszystkiego dokonałaś sama. Bez niczyjej pomocy – odpowiedział pan. – A ja … — uśmiechnął się swoim znajomym uśmieszkiem zwiastującym cyrkową sztuczkę – Ja też istnieję tylko w twojej głowie!

I choć Ela wciąż stała osłupiała mrugając ze zdumienia oczami pyknął nagle jak mydlana bańka i rozpłynął się w powietrzu niczym chmura lub dym z komina.

— Ela! – zawołał ktoś z oddali.

Od strony przystanka tramwajowego szedł w jej kierunku tata z teczką w ręku.

Tymonek i wielka wyprawa

No i gdzie ona się podziała, denerwuje się Tymonek zaglądając pod talerze i półmiski. Szklana kulka z tęczą w środku, z którą się nigdy nie rozstawał, przepadła.

A gdyby tak wejść pod stół? Tymonek rozgląda się po twarzach dorosłych i widzi, że wszyscy są bardzo zajęci. Ściskają dziadkowi rękę, śpiewają mu „Sto lat”, a mama właśnie wnosi wielki tort urodzinowy z sześćdziesięcioma świeczkami. Na pewno nikt nie zauważy.

Tymonek bezszelestnie zsuwa się z krzesła, nabiera powietrza i daje wielkiego nura pod błękitny obrus! Ale tu śmiesznie. Tyle butów i nogawek od spodni. Są nawet kapcie babci z żółtymi pomponikami! Ale kulki nigdzie nie ma.

Tymonek dociera do końca stołu, widzi otwarte drzwi na taras i w tym samym momencie słyszy trąbienie.

— Prędzej! Prędzej! Nie mamy chwili do stracenia! — trąbi czerwona ciężarówka z piaskownicy.

Tymonek wie, o czym mowa. Dopada jej jak wicher, wskakuje do szoferki i ruszają z piskiem opon. Czerwona przyczepa pełna jest czerwonych pomidorów, które  w czasie jazdy podskakują jak piłeczki i krzyczą jedne przez drugie: Szybciej! Szybciej! Musimy zdążyć na pociąg!

Gdy wjeżdżają na stację konduktor już podnosi do ust gwizdek.

— A, jesteś w końcu – cieszy się na widok Tymonka i wskazuje mu miejsce obok maszynisty.

— Tylko uważaj na krowy! – przestrzega go – Potrafią być bardzo nieostrożne!

Lokomotywa nadyma brzuch, bucha parą i pociąg rusza przed siebie. Pędzą przez las jak przez zielony tunel. Pędzą przez pola i łąki jak przez kratki gigantycznej szachownicy. Ale co to? Na środku torów stoi krowa. Co robić?

Tymonek bierze głęboki wdech, a wtedy lokomotywa, jak mydlana bańka, odrywa się od szyn, zgrabnie wskakuje na wstążkę tęczy. Mkną w kierunku nieba. Krowa patrzy na nich z zaciekawieniem i przyjaźnie macha ogonem.

Chmury są ciepłe, mokre i smakują jak cukrowa wata na patyku. Tymonek, choć brzuch ma wciąż pełen tortu, zjada trzy porcje. W końcu lokomotywa szarpie, gwiżdże i zatrzymuje się na płaskiej chmurze w kształcie talerza.

Tymonek otwiera ze zdumienia buzię. Na kosmodromie gotowa do startu czeka prawdziwa rakieta. Wieża kontrolna zaczęła już odliczanie.

Trzy …

Dwa …

Jeden!

Tymonek zapina pasy i zaciąga rączkę steru. Miliony kolorowych lampek na tablicy rozdzielczej mruga posłusznie, stopery odmierzają czas.  Kłęby ognia i dymu, świst w uszach — wystartowali!

Czyżby kulka Tymonka uciekła aż tak daleko? W kosmos? Ale jak ją tutaj odnajdzie pośród miliona planet? Każda z planet wygląda dokładnie jak kulka, tańczy na niewidzianej nitce, odbija się od niewidzialnej podłogi i mieni kolorami tęczy biegając wokół swojej gwiazdy.

A jednak jest! Tymonek dostrzegł swoją kulkę. Usiadła na ogonie komety i powozi jej srebrnymi lejcami. Zbzikowana kulko, czas wracać do domu!

Hop!

Żeby tylko nie wylądowali na pustyni.

Tymonek bezpiecznie opadł na ławkę w parku, ale kulka zawisła na drzewie. Stary kasztanowiec ze spadochronem na czubku wygląda jak starszy pan w berecie.

— Uratuję cię! Czekaj na mnie! – krzyczy do kulki Tymonek.

Dociska na głowie strażacki hełm i wskakuje do wozu. Pędzą na sygnale przez miasto. Przejeżdżają przez czarny tunel. Mijają zoo i osiedle wysokich bloków z dachami w chmurach. Gaszą po drodze wszystkie pożary, a dzieciom, które machają do nich z ulicy, rzucają cukierki i lizaki.

Wreszcie przybywają na miejsce. Tymonek odważnie wspina się po drabinie i chwyta kulkę w dłonie.

— Nie gub się więcej – grozi jej palcem.

Lecz co to? To wcale nie jest jego kulka z tęczą w środku, a mały, niedojrzały kasztan.

— Gdzie jest moja kulka? – Tymonek gotów jest się rozpłakać, ale w tym momencie ktoś bierze go za ramiona.

Za Tymonkiem stoi dziadek z kulką w ręku.

— Wpadła mi do kapcia i powiedziała, że mali chłopcy nie powinni tyle siedzieć przy stole z dorosłymi. Co powiesz na przejażdżkę rowerem?

– Rowerem? – dziwi się Tymonek – przecież ja nie mam roweru. Stary mi się popsuł, a nowy…

— Właśnie po ciebie przyjechał – uśmiecha się dziadek i prowadzi go przed dom.

Tymonek ściska w dłoni kulkę z tęczą w środku.

— To dlatego się zgubiłaś? – pyta szeptem. – Żeby znowu przynieść mi szczęście?

Kulka, jak zwykle, nic nie mówi, tylko mieni się kolorami jak kawałek żywej tęczy w dłoni.

Jak Święty Mikołaj wybierał się na emeryturę

Była wigilia Bożego Narodzenia.  W kominku wesoło goniły się ze sobą  pomarańczowe płomyki ognia, po całym domu roznosił się zapach świątecznego kompotu z suszonych owoców, a za oknem … Za oknem rozszalała się taka zamieć, że świat niczym zaczarowany zniknął za grubą zasłoną ze śniegu i dojrzeć, co się tam działo, było ze wszech miar  niemożliwe.

— No i proszę!  Proszę!  – grzmiał święty Mikołaj z głębi swego ulubionego zielonego fotela.  – Psa nie można wygonić z domu w taką pogodę, niedźwiedzie polarne rezygnują ze spacerów, ale Świętego Mikołaja nikomu nie szkoda! Nikomu nie przyjdzie do głowy, że jestem stary, zmęczony, a w dodatku mam odmrożony nos.

Elf Alojzy spojrzał na Mikołaja ze współczuciem i smutno pokiwał głową.

— Racja  – powiedział. — Może najwyższy czas pomyśleć o emeryturze?

Normalnie uwaga ta wystarczyła, by przypomnieć Mikołajowi jak bardzo, mimo wszelkich niewygód,  kocha on swoją pracę i jak jest jej oddany. W mgnieniu oka w zmęczonego staruszka wstępował nowy duch i w prawie nerwowej atmosferze zaczynały się przygotowania do podróży. Mikołaj ubierał się w swój czerwony płaszcz, ładował  na sanie worki z prezentami, zaprzęgał do nich Rudolfa i ani się Alojzy obejrzał, a już pędzili samym środkiem nieba w kierunku ludzkich osad.  Staruszek wyśpiewywał swoje ulubione „Ho-ho-ho!”, a Alojzy zacierał z radości ręce, że po raz kolejny udało mu się odwieść swego pracodawcę od bardzo niebezpiecznego pomysłu.

Ale dzisiaj nic takiego się nie wydarzyło. Zamiast zerwać się z fotela i rzucić się w kierunku szafy, Mikołaj ziewnął tylko i rzekł:

— Więc ty też jesteś tego zdania? Wspaniale!  Należy mi się odpoczynek po tylu pracowitych stuleciach jak nikomu na świecie!

Oczy Alojzego zrobiły się wielkie jak spodki od filiżanek.

–Ale szefie! – wyjąkał przerażony. – A prezenty?  Kto zajmie się prezentami?

— Ach, prezentami –przypomniał sobie Mikołaj. — Myślę, że ty się możesz nimi zająć, Alojzy. A raczej, dzięki tobie mogą się nimi zająć specjaliści. Bardzo mi się spodobało, gdy mi powiedziałeś, że przez internet można dzisiaj załatwić wszystko, nawet jeżeli się mieszka na Biegunie Północnym. Bądź więc tak miły, idź i skontaktuj się z jakimiś firmami przewozowymi.  Niech się tu zjawią, zabiorą paczki i dostarczą je adresatom.

Alojzy z wrażenia klapnął na podłogę i w takim stanie zastał go Rudolf, który przez nie domknięte drzwi wsunął do saloniku swój czerwony nos.

— Jedziemy? – zapytał – Robi się późno.

Alojzy otarł spływającą po policzku łzę.

— Nigdzie nie jedziemy! – wyszeptał ze ściśniętym gardłem. – Nigdzie! Od dzisiaj już nigdy nie pociągniesz złotych sanek i nigdy więcej nie przelecimy nad żadnym kominem.  Przechodzimy na emeryturę! – zakończył i rozszlochał się na dobre.

— No, Alojzy! – próbował go pocieszać Mikołaj. – Naprawdę, nie powinieneś tego aż tak przeżywać.  Pomyśl tylko jak cudownie będziemy od dzisiaj spędzać święta.  Zamiast fikać kozły na śliskich dachówkach będziemy sobie jak wszyscy inni siedzieć przy cieplutkim kominku, zajadać pyszności i śpiewać kolędy. Przyrządzimy sobie sałatkę ze śledzi i karpia w galarecie, i półmisek ziemniaczków, i barszczyk, i kapustkę z grzybkami…. Mniam! — Mikołaj mlasnął i z rozkoszą poklepał się po brzuchu. – Zobaczysz, spodoba ci się! No, a teraz już idź i załatw to, o co cię prosiłem.

Alojzy wciąż miał nieszczęśliwą minę, ale posłusznie wyszedł z salonu i poczłapał do pokoju na wieży, w którym znajdowało się biuro świętego Mikołaja. Tam usiadł przy starym, zabytkowym biurku, włączył komputer i wpatrując się w kolorowy ekran, zaczął coś pisać na klawiaturze.

Na dworze było jeszcze ciemno, gdy do uszu świętego Mikołaja zaczęły dolatywać dziwne odgłosy.  Były rytmiczne, miały metaliczne brzmienie i gdyby nie to, że w sypialni nikogo nie było, można by pomyśleć, iż przy łóżku świętego Mikołaja zjawiła się armia muzykantów uzbrojonych w łyżki i pokrywki od garnków. Staruszek wcale nie miał ochoty wstawać, więc nakrył głowę poduszką i zatkał palcami uszy. Ale wtedy hałas zrobił się jeszcze większy, aż w końcu stał się nie do zniesienia.

— Alooojzyyy!!! – ryknął święty Mikołaj wczołgując się pod łóżko. – Alojzy!  Co się tutaj dzieje?

Elf Alojzy wpadł do sypialni z rozwianym włosem i przerażeniem w oczach. Nic nie mówiąc wywlekł świętego Mikołaja z kryjówki i pociągnął za sobą w kierunku wyjściowych drzwi. Potem te drzwi otworzył, a potem … oczom staruszka ukazała się wielka góra prezentów. Wyglądała dokładnie tak samo jak poprzedniego wieczora, gdy razem z Alojzym i Rudolfem ustawił ją na wycieraczce. No, prawie tak samo, bo teraz na czubku miała grubą śniegową czapkę.

— Co to ma znaczyć? – jęknął Mikołaj łapiąc się za głowę. – Co to ma znaczyć?

Odpowiedziało mu gwizdanie wiatru.  Zawadiacki wiatr lekko trącił górę swoim małym palcem i prezenty runęły do środka, przysypując, co tylko się dało. Wiatr świsnął ponownie i drzwi się zatrzasnęły.

— Nie rozumiem!  – sapał Mikołaj, gdy już udało się mu wydostać spod sterty pudeł i wstążek.– Dlaczego te prezenty wciąż tutaj są?

Elf Alojzy nie umiał na to pytanie odpowiedzieć, bo sam się nad nim głowił.  Dodatkowo głowił się nad tym, jak wielki może być guz, który wyrósł mu na czole po stłuczce z bębenkiem. Ciszę przerwał dopiero stukot kopytek na schodach.  To Rudolf zbiegał z góry wymachując jakąś kartką.

— Przyszedł faks – wysapał, zatrzymując się przed Mikołajem.

Staruszek przebiegł oczami po kartce.

— Przeczytaj to proszę– zwrócił się do Alojzego. — Z tego wszystkiego zgubiłem okulary.

— Z przykrością zawiadamiamy — zaczął Alojzy – że odbiór paczek jest niemożliwy. Z powodu zamieci nie startują samoloty, a wszystkie statki utknęły w krze. Przy okazji wyjaśniamy, że nasza firma nie ponosi odpowiedzialności za ogólnoświatowy protest dzieci, które stukają łyżkami w pokrywki, bo nie doczekały się prezentów.  Z poważaniem Jan Przewoźnikiewicz i Synowie sp.o.o. – dokończył Alojzy.  Dolna warga zaczęła mu się niebezpiecznie wykrzywiać. – To co my teraz zrobimy? – jęknął i rozpłakał się na dobre.

— Jak to co? Ruszamy! Natychmiast! – zawołał święty Mikołaj — Jeżeli nie damy dzieciom prezentów, to gotowe stukać w te pokrywki do końca świata, aż zupełnie ogłuchniemy!  W drogę!

*  *  *

— Dokąd? – zapytał Alojzy wyrastając przy zielonym fotelu, z którego jeszcze przed chwilą rozlegało się głośne chrapanie, a teraz dochodziły gromkie pokrzykiwania.

Z kępą niedojedzonego siana w pysku koło fotela pojawił się również Rudolf.

— Na wszystkie choinki świata! – niecierpliwił się Mikołaj — Dlaczego tak stoicie?  Co się z wami dzieje?  To fakt, jesteśmy spóźnieni z prezentami o całą noc, ale przeprosimy dzieci i obiecamy, że to się więcej nie powtórzy.  Niech one jak najszybciej przestaną bić w te pokrywki, bo już głowa mi pęka! Ruszamy! W tej chwili!

Alojzy i Rudolf nigdzie się nie ruszyli, za to z zaciekawieniem przyglądali się swemu pracodawcy, który w pośpiechu wbijał prawy but na lewą stopę, a obie nogi w tę samą nogawkę czerwonych spodni.

— Nie jesteśmy spóźnieni – powiedział w końcu Alojzy  – Mamy już, co prawda, Wigilię, ale to dopiero wczesne popołudnie. Do wieczora jeszcze bardzo daleko.  A poza tym  –Alojzy przyłożył rękę do ucha – jeżeli o mnie chodzi, to słyszę tylko jak pada coraz gęstszy śnieg.

–Yhy – przytaknął Rudolf głośno przełykając siano

Mikołaj, który zdołał już ulokować właściwy but na właściwej stopie i tylko po jednej nodze w nogawce, przestał zapinać guziki. I on przez chwilę trwał w milczeniu, nasłuchując.

— Rzeczywiście – powiedział ze zdumieniem. – Hałas zniknął.

Kręcąc z niedowierzaniem głową pobiegł do przedpokoju. Ale tam też było cicho i panował wzorowy porządek. Ani jednego pudełka z kolorową wstążeczką. Gdy wzrok staruszka spoczął w końcu na zegarze, wychyliła się z niego kukułka na sprężynce i zawołała dwukrotnie: „ku-ku ku-ku!”

–A więc to tak! – roześmiał się staruszek. – A niech mnie! Co za ulga! Słowo daję! W takim razie, skoro wszystko w porządku, chyba pójdę na spacer i rozruszam stare kości. Powinienem bardziej dbać o kondycję. Przede mną jeszcze sporo lat pracy! – zakończył i ruszył w kierunku wyjściowych drzwi.

— I nie będzie się szef wybierał w tym roku na emeryturę? – chciał wiedzieć Alojzy.

— O, nie! – pośpiesznie odparł Mikołaj – To by się mogło bardzo źle skończyć. Nawet sobie nie wyobrażacie jak bardzo– pogroził im palcem i na dobre zniknął między ośnieżonymi choinkami w ogrodzie.

Elf Alojzy popatrzył na Rudolfa, Rudolf na Alojzego i obaj ryknęli śmiechem. Poobiednie drzemki potrafią zdziałać cuda i pewnie byłoby rozsądnie, gdyby oni też udali się na krótki odpoczynek. Czekała ich przecież długa i pracowita noc, w czasie której nikt i nic nie byłoby w stanie ich zastąpić.

Leśna choinka

Przez ośnieżony las wędrowały dwa jeże. Wracały z leśnego sklepiku, do którego wybrały się na przedświąteczne zakupy. Każdy z nich niósł przed sobą w pyszczku pękatą siatkę wypełnioną jeżowymi przysmakami, a na kolczastym grzbiecie po dorodnym, czerwonym jabłku. Droga do jeżowej chatki prowadziła przez niewielką polanę, na której rósł dorodny, samotny świerk.

— Zobacz, – powiedziała Jeżynka do Jeżyka – mróz poprzyklejał do gałązek sople lodu.  Świecą się i błyszczą w zimowym słońcu jak prawdziwe klejnoty.  Może i my powiesilibyśmy na tym drzewku jakąś ozdobę? — zapytała

— Ale co? – zamruczał Jeżyk. — Mamy ze sobą tylko marynowane grzyby, ślimacze udka w puszkach, suszone owoce, ptasie jajka … – wyliczał, zaglądają coraz głębiej do swojej siatki.

Jeżynka wcale go nie słuchała. Strząsnęła z kolców jabłko, przywiązała do jego ogonka kawałek sznurka i wspiąwszy się najwyżej jak mogła, powiesiła owoc na gałęzi drzewka. Nie zwlekając Jeżyk uczynił to samo. Uśmiechnięte zwierzątka podreptały dalej.

*  *  *

                 Jakiś czas później na polanę wbiegły wiewiórki z torbą żołędzi i orzechów, którą niosły do swojej spiżarni.

— O! – zatrzymały się zdziwione przed świerkiem. – Jakie ładne drzewko. Ale byłoby jeszcze ładniejsze, gdyby…

Zabrały się do pracy.  Z żołędzi zrobiły długi łańcuch, którym oplotły drzewko, a z patyków i łupinek po orzechach kilka figurek przypominających wyglądem żuki i biedronki. W sam raz do ozdoby środkowych gałęzi.

*  *  *

 —  Słuchajcie! Słuchajcie! – usłyszał mały jelonek, gdy wraz z rodziną zajadał siano z leśnego paśnika.

Głos dochodził z góry i należał do sikorki, która właśnie usiadła na dachu pobliskiego karmnika.  Sikorka z przejęciem opowiadała swoim znajomym o tym, co się działo na leśnej polanie.

— Mamo – odezwał się jelonek. – Podoba mi się ten pomysł.  My też moglibyśmy coś zrobić.  Z siana i jarzębiny wyjdą piękne korale i wisiorki.

Z pomocą mamy i rodzeństwa jelonek przygotował cały koszyk jarzębinowej „biżuterii” i rozwiesił je na świerku pomagając sobie dzielnie noskiem.

*  *  *

             Wkrótce na zielonym drzewku nie było ani jednej wolnej gałązki. Trącane wiatrem kołysały się na nim bombki z wydmuszek i wachlarzyki z piór – dary ptaków.  Lśniły w zachodzącym słońcu pomalowane na złoto i srebrno szyszki – pomysł rodziny niedźwiedzi. Myszy przyniosły kawałki sera obwiązane kolorowymi wstążeczkami i  wyglądające jak miniaturowe prezenty. Zaś lisy, stali bywalcy ludzkich obejść powiesiły na nim kilka wylizanych do białości kości, które wzięły sprzed psiej budy, oraz szeleszczące złotka po czekoladkach znalezione na wiejskim podwórku.

Z nadejściem wieczornego mrozu, czubki świerkowych gałęzi pokryły się naparstkami szronu, dając wrażenie, że drzewko dodatkowo przystroiło się w suknię ze srebrnych koronek. Zwierzęta patrzyły ze zdumieniem jak dobrze im znany świerk nieoczekiwanie zmienił się w pięknego, tajemniczego gościa.

*  *  *

 Nocą nad lasem przetoczyła się zamieć.  Niebo zasnuło się ciężkimi chmurami, przepadły gdzieś gwiazdy i księżyc, wszystko pogrążyło się w ciemności. Tylko na polanie na chwilę zrobiło się jasno jak w dzień. Nad zielonym świerkiem pojawiły się małe aniołki z latarenkami, a obok zatrzymały się złote sanie zaprzęgnięte w renifery.

— A o nikim nie zapomniałyście?  — pytał swoich pomocników święty Mikołaj, patrząc jak aniołki wyciągały z worka prezenty i układały je pod leśną choinką.

Wszystko to odbyło się tak szybko, że sowa, która tej nocy zasnęła na czubku świerku, ledwie zdążyła otworzyć jedno oko i dostrzec znikającą między drzewami płozę złotych sań. Widząc to jednak uśmiechnęła się do siebie i pokiwała z zadowoleniem głową:  „A więc to prawda. Mikołaj istnieje. Moje stare księgi nie kłamały.”

 * * *

Zwierzęta bardzo się ucieszyły z upominków, które zostawił im tajemniczy święty Mikołaj.  Chociaż nie bardzo wiedziały dlaczego je dostały, domyśliły się jednak, że miało to związek z udekorowanym świerkiem i porą roku. 

Wieść o tym wydarzeniu szybko rozeszła się po okolicy i od tego czasu w przeddzień Bożego Narodzenia w każdym lesie pojawia się jakaś „leśna choinka”.  Podobno najmłodsze dzieciaki-zwierzaki co roku snują plany, gdzie i jak się schować, żeby zobaczyć świętego Mikołaja na własne oczy. Nikomu się to jednak jeszcze nie udało, a sowa, jedyne stworzenie, które wszystko wie, za nic w świecie nie chce zdradzić swojej tajemnicy.

Wyprawa mamy

— Mam tego wszystkiego dość! – powiedziała mama po raz dwudziesty czwarty tego ranka.

Wigilijne przedpołudnie przy ulicy Pogodnej 20/40 nie upływało w tym roku w świątecznej atmosferze. Zamiast sprzątać swój pokój Wojtek z Amelią zrobili tam jeszcze większy bałagan, kłócąc się przy tym i obrażając na siebie o byle głupstwo. Tata od godziny rozmawiał przez telefon z wujem Walerym, przez co dywan wciąż był nie wytrzepany, a śmieci nie wyniesione. Reszta domowników też nie wykazywała chęci do pomocy. Kanarek Przytup krzyczał jak oszalały, Reks biegał po kuchni ze smyczą w zębach, a senna i nieszkodliwa zazwyczaj kotka Frunia przemieniła się dzisiaj w lwicę i z żelazną wytrwałością polowała na bombki na choince.

— Nie, ja tak nie mogę – jęknęła mama, gdy w tym zamieszaniu przypaliły się jej obydwa garnki bigosu.

A kiedy po chwili dodatkowo spadła ze stołu torebka mąki i przypudrowała wszystko na biało mama załamała się całkowicie.

— Chciałabym, żeby na Gwiazdkę ktoś podarował mi latający samochód.  Uciekłabym sobie na koniec świata, na jakąś piękną, bezludną wyspę, gdzie byłoby cicho, spokojnie i niczym już nie musiałabym się przejmować – powiedziała mama i zamknęła oczy.

Gdy je ponownie otworzyła, ze zdziwienia tym razem zakryła ręką buzię.  Za oknem, prosto w kierunku jej kuchni na ósmym piętrze leciał … samochód.  Był czerwony, błyszczący i miał zielone opony.  Po bokach, tam gdzie na samochodach normalnie montuje się boczne lusterka, wyrastała mu para wielkich, smoczych skrzydeł.

— Ja chyba śnię – szepnęła Mama szczypiąc się w policzek.

Niczego to jednak nie zmieniło, wręcz przeciwnie, zaczęły się dziać rzeczy jeszcze dziwniejsze.  Okno samo się otworzyło, a auto przemówiło ludzkim głosem:

— Przysłał mnie święty Mikołaj. Jestem tu po to, by spełnić twoje życzenie.

— święty Mikołaj … ósme piętro … mąka… bigos … – bąkała nieskładnie Mama kręcąc głową.

Samochód tak radośnie jednak trzepotał skrzydłami i tak wesoło mrugał światłami, że po krótkiej chwili wahania Mama zerwała z siebie kuchenny fartuszek, wdrapała się na parapet i, upewniwszy się, że nikt jej nie widzi, zręcznym susem znalazła się za zaczarowaną kierownicą.

— A właściwie, to dlaczego by nie? – zapytała samą siebie, potem sama do siebie się uśmiechnęła i odleciała na koniec świata.

Koniec świata, zgodnie z jej życzeniem, znajdował się na przepięknej, bezludnej wyspie.  Turkusowe fale o mlecznych grzywach obmywały brzeg złotej plaży.  Dookoła rosły palmy kokosowe i inne egzotyczne rośliny, a na malowniczej skarpie stał piękny pałac otoczony rajskim ogrodem. Ponieważ auto wylądowało na pałacowym trawniku, Mama uznała, że jest to zaproszenie do środka.

Przepych i bogactwo pałacowych wnętrz przeszły jej najśmielsze oczekiwania. Czegoś takiego Mama nie widziała ani w książkach, ani w telewizji, ani nawet we własnych marzeniach.  Przy każdych drzwiach czekała na nią służba gotowa spełnić każde jej życzenie, a w jadalni, na wielkim złotym stole piętrzyły się półmiski i wazy pełne smakowitego wigilijnego jedzenia. Dania były wykwintne i eleganckie, i wyglądały tak, jak gdyby dopiero co zdjęto je ze stron kolorowych świątecznych magazynów.

A to dopiero był początek. Pod ogromną choinką ubraną w najwymyślniejsze świecidełka i ozdoby Mama ujrzała górę prezentów, wszystkie podpisane jej imieniem!  Wśród upominków znalazł się i superdrogi kostium kąpielowy, o którym w tajemnicy przed wszystkimi, Mama marzyła już od bardzo dawna, i kilka pięknych sukienek, i buty o najmodniejszych fasonach, i nawet zestaw biżuterii z brylantami podobny do tych, jakie nosiły tylko prawdziwe królowe. Czując się co najmniej jak księżniczka Mama nałożyła sobie na talerz smakowitych kąsków, przebrała się w nowy kostium i poszła na plażę.

Woda szumiała tak przyjemnie. Piasek ogrzewał bose stopy. Ptaki śpiewały nad głową.

„To najpiękniejsze święta w moim życiu” pomyślała Mama i zaczęła czytać swoją ulubioną książkę, którą też znalazła pod choinką.

Wiatr połaskotał ją delikatnie w szyję i zsunął na nos kapelusz.

„No, może nie w życiu, ale na pewno w ciągu ostatnich kilku lat”, poprawiła się Mama, zdejmując z głowy kapelusz i wachlując się nim z gorąca.

Nieopodal z głośnym plaskiem spadł na ziemię orzech kokosowy.

„W każdym razie zdecydowanie lepsze niż w zeszłym roku…” westchnęła Mama i przymknęła oczy.

Zobaczyła przed sobą oszronione drzewa, białe dachy i granatowe niebo, na którym migotały gwiazdy. Przystanęła obok choinki i popatrzyła na skromny stosik prezentów owiniętych w szary papier i przewiązanych kolorowymi tasiemkami. W końcu podeszła do niewielkiego stołu, na którym jedno po drugim zaczęły się pojawiać wigilijne dania. Nie były one tak idealne jak na zdjęciach w książce kucharskiej, ale Tacie, Wojtkowi i Amelii smakowały najlepiej na świecie.

Mama otworzyła oczy.  „Co ja tu robię?” pomyślała i poczuła się najbardziej samotną osobą na świecie. W jednej chwili zerwała się z leżaka, wyrzuciła za siebie przeciwsłoneczne okulary i popędziła w kierunku zaczarowanego samochodu.

Auto na szczęście samo odgadło jej myśli.  Już z daleka szumiało silnikiem i mrugało włączonymi kierunkowskazami.  Chwilę potem, trzymając się autostrady z wiatru, Mama znów mknęła w kierunku cywilizacji. Po dwóch chwilach parkowała samochód naprzeciw swego kuchennego okna na ósmym piętrze. Dobrze, że sąsiedzi zajęci byli przygotowaniami do świąt i nikt nie widział jak wdrapywała się na parapet odziana jedynie w kostium kąpielowy.

W mieszkaniu było cicho. Kuchnia lśniła czystością, na palnikach wesoło podskakiwały garnki świątecznego bigosu. Kanarek Przytup drzemał z głową schowaną w piórka, zaś wszędzie, łącznie z pokojem dzieci panował taki porządek, jakiego tu chyba jeszcze nigdy nie było.

— Ojej! – przestraszyła się Mama. – To pomyłka!  Ja wcale nie prosiłam o zamianę mojej rodziny na inną!

— O coś nas prosiłaś? – usłyszała w odpowiedzi głos Taty dobiegający z przedpokoju.  Tata wraz z Wojtkiem i Amelią wrócili właśnie z podwórza i wnosili do domu świeżo wytrzepany i wymyty śniegiem dywan. Za nimi kroczyła Frunia, a na końcu biegł Reks poszczekując radośnie i merdając ogonem. Mama odetchnęła z ulgą, bo w domu ponownie zrobiło się gwarno, ciasno i swojsko.

— Zobacz, co znalazłam koło trzepaka! –zawołała Amelia, a Wojtek, jak zwykle, natychmiast to sprostował:

— Tak, ale to ja pierwszy to zobaczyłem. Prawda, tato?

Amelia trzymała w dłoni małą choinkową ozdobę. Był to czerwony samochodzik z zielonymi oponami i parą gumowych skrzydeł zamiast bocznych lusterek.

— Mamo? — zapytał Wojtek, bo dopiero teraz zdał sobie z czegoś sprawę. – Dlaczego masz na sobie kostium kąpielowy?  Gdzieś wychodzisz?

— Nie, już wróciłam — odpowiedziała zgodnie z prawdą Mama i przytuliła do siebie swoją nieznośną rodzinę.

Gdy wyszli z kuchni wzięła skrzydlaty samochodzik do ręki i uśmiechnęła się do niego, kręcąc z niedowierzaniem głową. Widziała, że już od dłuższego czasu potajemnie mrugał do niej światłami.